Frajer



W zasadzie to fikcja literacka


Zdarzenie opisane w zasadzie się nie zdarzyło,
ale w zasadzie mogło się zdarzyć,
w zasadzie.....

- Wybrałeś książkę dla „komunisty”? - spytała Ula.
- Mam, wziąłem wielki „Atlas świata”. Elektroniczne gadżety szybko się zestarzeją, a atlas będzie służył latami - odparł Stach.
- To idziemy do kasy.

W kasie „empiku” nie było kolejki. Większość klientów przychodzi jedynie poczytać, niektórzy kupują gazety a tylko nieliczni książki. Stojąc w kolejce usłyszał z głośników znajome brzmienie - muzyka z filmu „The Blues Brothers”.

- To radio? - spytał Stach kasjerki.
- Nie, płyta - odparła.
- Dlaczego taka droga? - spytał z uśmiechem
- A skąd Pan wie, że droga? - odparła uśmiechnięta kasjerka.
- Jakby była tania to byście już dawno sprzedali.
- To ostatni egzemplarz i kosztuje 45 zł.
- Miałem rację, droga, ale weźmiemy? - z nadzieją w głosie Stach zwrócił się do Uli.
- Ach ten Twój nałóg. Wie Pani - Ula zwróciła się do kasjerki - jak widzi książki lub płyty to zachowuje się jak dziecko w cukierni, ostatni grosz wyda. Proszę policzyć.
Stach rzeczywiście uśmiechał się jak dziecko w cukierni, co Ula skwapliwie skorzystała od niechcenia dodając:
- Schodząc zajrzyjmy „na kosmetyki”.
- Oki, i tak niewiele wydasz – odparł Stach z przekąsem.
- Kupił, nie kupił, powąchać można. Idziemy.

Na schodach rozmawiali o zakupionych książkach i planowanych zakupach kosmetyków ciągle się przekomarzając gdy usłyszeli:
- Staszek? Stanisław Wróblik?
- Tak - odparł Stach zaskoczony odwracając się do pytającej kobiety. Wyglądała na zniszczoną pracą pięćdziesięciolatkę. Była w towarzystwie podstarzałego byczka z „fryzurą antywszawiczą”. Wyglądał jakby wrócił z ciężkiego treningu. Podniszczony i przepocony dres fiatowski (trzy paski adidasa + czwarty w promocji), oddech i wyraz twarzy „nikt mi nie podskoczy” mówiły same za siebie. Kobieta zaś miała znajome rysy twarzy... zaraz, zaraz... - Jola? Jola Kowalska? W każdym razie takie miałaś nazwisko w szkole - kontynuował - ile lat się nie widzieliśmy... to już 22 lata.
- Dokładnie. 22 lata. Nic się nie zmieniłeś Stachu.
- Ty zaś musisz grać w totka. Twoja fryzura jest zupełnie inna. - odparł dyplomatycznie - Pozwólcie, to moja żona Ula.
- Miło mi, Jola, a to mój „stary”, Janusz.
Podali sobie ręce.
- Co u was? - pytała Jola
- Ooooo. Przez te lata sporo się działo i w kilka minut na schodach w sklepie trudno opowiedzieć.
- No tak. Ale, ale. U nas w sobotę robimy grilla. Będą koledzy Janusza i moi rodzice. Wpadnijcie. Proszę.

Nie bardzo mieli ochotę na sobotniego grilla, ale ton głosu Joli był szczerze zapraszający, a poza tym pamiętał ją jako fajną koleżankę... rzut oka na Ulę (jej twarz wyrażała coś pomiędzy „nie chce mi się” a „no dobra niech będzie”) - Oki. Będziemy. Gdzie mieszkacie?
- W Wólce pod miastem, dom pobudowaliśmy obok rodziców. Przyjedźcie gdzieś na 12. Dobrze?
- Oki. - zapisali adres - No to do zobaczenia. Do soboty. - odparł Stach.
- Cześć, cześć.

Rozeszli się. Stach i Ula zeszli w dół a Jola i Janusz w górę.
- Co to za frajer? Pewnie jakiś smutas. - spytał Janusz.
- Kolega ze szkoły. W szkole był fajny. Ledwo go poznałam. Teraz nosi „jeżyka” a w szkole był jak hippis. Kolorowe koszule, koraliki i długie włosy...
- Pedał?
- Głupi jesteś. Przecież ma żonę.
- Może się maskuje. Jak będzie przynudzał, to go wypierdzielę z imprezy.
- Janusz!
- No co?! Fajnie ma być i szlus.

W sobotę rano Stach i Ula szykowali się na grilla. Jak zawsze problemem jest ubiór i „co wziąć dla gospodarzy”. Do jednych wypadało bardziej oficjalnie, do innych „sportowo”, a do Joli i Janusza...?
- Wydaje mi się, że spodnie i koszula khaki będą dobre. Ten Janusz nie wyglądał mi na pedanta. A co weźmiemy z alkoholi?
- Może kilka butelek naszego wina? Weź różne - słodkie i wytrawne. Nie wiadomo jaki mają gust. Ja rano nastawiłam szarlotkę. Mają dzieci?
- Nie mam pojęcia, a jeśli chodzi o gust, to Janusz wygląda na takiego, co nie w guście, a „voltach” gustuje.
Mamo, tato, mogę wziąć dżipa? - spytała Anna zaglądając do sypialni rodziców - Umówiłam się z koleżankami a mieście. Będziemy świętować maturę.
- No to masz problem. - powiedział Stach z przekąsem – My też będziemy świętować maturę z moją koleżanką.
- Tato....
- Serio. Idziemy na grilla do mojej szkolnej koleżanki. Jak chcesz auto, to musisz nas zawieźć do Wólki i potem odebrać. Na telefon!
- Dobra. Super! - Anna jako świeżo upieczony kierowca godziła się na wiele aby sobie pojeździć. Rodzice skrzętnie to wykorzystywali.
- To szykuj się. Na 12 musimy być na miejscu. Masz potem czas do... naszego telefonu. - powiedziała Ula.
- Dobra mamo. Już lecę.

Gdy zajechali na miejsce „grill” nabrał już tempa. Kilka piw i czegoś mocniejszego ożywiło krew gospodarzy i gości. Właśnie kończyli ze znawstwem temat samochodu Kubicy i zaczęli temat polityki.
- Oooooo, jesteście. To fajnie. - przywitała nowych gości Jola, po czym nastąpiła krótka prezentacja. - Moich rodziców pamiętasz? A to są... i tu przedstawiła trzy kolejne pary... nasi sąsiedzi i koledzy Janusza.
- Witamy wszystkich. Mamy tu coś z naszych domowych wyrobów. - Powiedział Stach i postawił kilka butelek na stole, a Ula podała ciasto gospodynie.
- Co soczki? Będzie dla dziadzia i dzieciuchów. - Odparł jeden z kolegów Janusza.
- No niezupełnie. To wina domowej roboty.
- Taka pryta samodziałka? - kpił dalej gość - Jak sponiewiera to się nada.

Dyskusja toczyła się warto o wszystkim i o niczym. I jak to często bywa zeszła na czasy „jak to we wojsku było”.
- Ja z kałacha... to...
- A ja...
- A co Pan teraz robi Panie Staszku - spytał Stacha ojciec gospodyni - Pamiętam, że interesował się Pan mechaniką.
- A interesowałem się, nawet studiowałem. Teraz zaś mam mała firmę. Doradzam ludziom.
- A w czym? - drążył starszy pan.
- A najczęściej jak poradzić sobie z tym z czym nie mogą - odparł z uśmiechem.
- No tak.
- Co ty mi tu k...wa p...sz. Zaraz ci pokażę - w gwar rozmów wdarł się podniesiony głos Janusza - Poczekaj zaraz zobaczymy jaki jesteś snajper.

Głosy umilkły i oczy zwróciły się na Janusza. Ten zaś udał się do domu i po chwili wrócił z czymś długim zawiniętym w kapę, zaś w kieszeni coś mu chrobotało. Janusz rozwinął kapę i oczom wszystkich ukazał się „karabin”. Jola próbowała oponować gdyż Janusz troszkę już „alternatywnie odbierał rzeczywistość”, ale została dość szybko przytłumiona odzywką:
- Jak Ci nie pasuje, to wypad do kuchni!
- Zajebioza - odparł jeden z kolegów Janusza.
- To mocna niemiecka wiatrówka. Kopie jak „ostra” i mocna jest. Tu masz napis ... cośtam cośtam germania. Znaczy niemiecka. - chwalił się gospodarz.

Wiatrówka przechodziła z rąk do rąk. W końcu trafiła do Stacha, który ostrożnie zasugerował:
- Wygląda podobnie jak tanie chińskie modele...
- Co Ty się znasz. Napisane „germania”. Inteligent a czytać nie umie.
- No tak...

Janusz tymczasem ustawiał na belce przy stodole kilka puszek po piwie. Goście strzelali po kolei do puszek. Odległość wynosiła około 5-7 metrów to i większość strzałów trafiała w cel skutecznie niszcząc cieniutkie aluminiowe puszki. Stach i Ula tymczasem rozmawiali z Jolą i jej rodzicami. Jola opowiadała jak zaraz po maturze się pobrali z Januszem. „Był mus” rzekł krótko jej ojciec. Dobrze im było. Janusz załatwił sobie robotę na kontrakcie u „ruskich”. Nieźle zarabiał i przy okazji coś „przykombinował”.

- Wiesz jak było? Raczej stwierdziła niż pytała Jola.
- Wiem, sam jeździłem po demoludach. Ula też jak jeździła na zawody, to zawsze coś tam brała na handel. - skwitował Stach.
- Po kontrakcie zaczął pracować w dawnym POM-ie - Jola kontynuowała swoją opowieść - a ja poszłam do sklepu. Jak zwolnili go z POM-u.
- Raczej wywali za złodziejstwo - z przekąsem dodał jej ojciec .
- Za jakie złodziejstwo, raptem torebka śrubek - broniła dalej męża.
- Nie ważne - wtrąciła Ula aby załagodzić rodzącą się kłótnię - było minęło...
- Ej, ty, Stach, - Usłyszeli głos Janusza - chodź, zrobimy zawody strzeleckie. Pokaż co inteligencja polska potrafi. - dalej prowokował.
- Dobra. Już idę. - odparł Stach i dodał do Uli - Pogadajcie sobie tu beze mnie.

Celami nadal były puszki, ale zwiększyli odległość do ok. 10m. Każdy strzelał po pięć strzałów. Średnio dwa - trzy razy trafiali w swojej serii. Jeden z kolegów Janusza stawiał kreski na kartce papieru. Gdy przyszła kolej Stacha - wziął do ręki ów „karabin” i przyjrzał mu się. Była to typowa bazarowa „chinka”, łamana, bez celownika optycznego. „Przynajmniej zero nie będzie latało” - pomyślał. Naciągnął wiatrówkę, która przy tej okazji wydała zgrzyt starego łóżka, załadował śrut (turecki - no fajnie), wycelował i strzelił. „Pudło, cnota!” zarechotali rywale. „No fajnie, zrobię wam chłopcy radochę”. Następne cztery strzały oddał celując w sęka 20 cm obok „swojej” puszki. Za każdym razem komentarze były coraz to weselsze.
- No chłopie, jakbyś we wojsku był tobyś wiedział do czego broń służy. - spuentował serię Stacha jeden z „rywali”.
- Wiesz, ja pierwszy raz z tego karabinka strzelam... - odparł Stach.
- Dobra, dobra, nie tłumacz się.
- Poczekaj jeszcze chwilę - rzekł Stach do Janusza naciągającego karabinek - coś sprawdzę.

Podszedł do sęka i zobaczył, że karabinek ma punkt celowania ok. 3 cm „na czwartą”. Zapamiętał sobie i wrócił do kolejki. Rywale strzelali jak poprzednio, no może po kolejnym piwie (każdy musiał wypić piwo aby mieć za każdym razem „świeżą” puszkę) już trafiali tylko dwa razy na pięć. Gdy przyszła kolej na Stacha, ten wziął poprawki i strzelił...

- No, no, udało się, farciarz - komentarze nadal były bardziej kpiną niż towarzyskim żartem. Po drugim celnym strzale ton nieco się zmienił, po trzecim celnym ktoś krzyknął:
- Ale fuksiarz - a po piątym celnym Janusz tylko odparł:
- Widzę, że masz szczęście, tera ja. Następnie przełożył pasek prze rękę, spiął się i... spudłował. „K...a mać”. Drugi strzał oddał klęcząc i też pudło. Koledzy zaczęli chichotać.
- Zamknąć się! Nie rozpraszajcie mnie! Ktoś broń mi rozregulował! - ryknął Janusz i coś przestawił przy szczerbince.

Ostatnie trzy strzały oddał opierając się o drzewo. Wszystkie były celne. Jakoś koledzy nie protestowali, że gospodarz zmienił zasady. Wiadomo. Sponsor. Gdy ponownie przyszła kolejka Stacha, ten najpierw oddał kontrolny strzał do sęka aby zobaczyć „gdzie lata” a następnie cztery celne do puszki.
- Dobra koniec na dzisiaj. - powiedział Janusz - śrut się kończy, jak wyniki?
„Sędzia” stawiający kreski na kartce powiedział - Macie remis ty i inteligencik, po dziewięć trafień. Prawie Ci dokopał.
- Ty! - Janusz zrobił pół kroku w stronę „sędziego”...
- No co ty, ja tylko żartuję.
- Dobra. Następnym razem jak będzieta se chcieli postrzelać to niech każdy przyniesie swoją broń i piwo, albo wynocha! - Janusz był wściekły.
- Dobrze - Stach przyjął wyzwanie - to kiedy rewanż?
- Za trzy tygodnie. I żebyś nie skrewił.

Po strzelaniu już rozmowa się nie kleiła. Stach zatelefonował po córkę aby ich zabrała do domu. 20 minut później żegnali się ze wszystkimi. Jola miała zawstydzoną twarz, a jej ojciec wściekły na „zięciunia” poszedł do swojego starego domku.

- Słucha Jola, gdyby ten grill za trzy tygodnie nadal był aktualny, to zatelefonuj. Z chęcią przyjdę. - na pożegnanie powiedział Stach i zapisał swój telefon na karteczce.
- Trochę mi głupio... wiesz jak jest.
- Nie przejmuj się. Naprawdę dobrze się bawiłem i miło mi będzie znowu was spotkać.
- No to cześć - już uśmiechnięta żegnała gości Jola.

Ula w samochodzie milczała, ale w końcu spytała Stacha:
- Myślisz, że w ośrodku ich przyjmą?
- Pogadam z szefem. Za miesiąc mają tworzyć nową grupę. Mówiłaś Joli czym się zajmuję?
- Nie. Uznałam, że jak będziesz chciał to sam im powiesz.
- Dziękuję.

W codziennym natłoku zajęć prawie zapomnieli o „wyzwaniu” które Stach przyjął. Rytm i porządek dnia praktycznie nie uległ zmianie. Rano firma, w środy po południu i niedziele rano praca w „ośrodku”, a w wolnych chwilach strzelał sobie rekreacyjnie w ogrodzie, o ile nie mieli spotkania „rycerzy”. Wybitnym strzelcem nigdy nie był, ale strzelał całkiem nieźle. Na 20 metrów spinerki czterocentymetrowe trafiał za każdym razem. Biorąc pod uwagę, że była to tylko zabawa był z siebie zadowolony. Strzelanie miało wszak być tylko uzupełnieniem do hobby, którym były grupy rekonstrukcyjne. Koń, kontusz i karabela oraz „skałkowce” to było jego wielkie hobby. Był zakochany w XVII wieku. „Wiatrówki” pomagały się wyciszyć po dniu nerwowej pracy.

- Jola dzwoniła. Przypomina o grillu. - z zadumy wyrwał go głos Uli - Który karabinek weźmiesz?
- Wezmę „cichego smoka”. Doskonale nadaje się na takie „pokazy”.
- Zdziwią się chłopaki. - roześmiała się Ula.
- Mam nadzieję. - Stach pogładził po kolbie swojego „cichego smoka” jak nazwał sharp’a w kalibrze 5,5 mm po leciutkim „doszczelnieniu” oraz doposażonego w lunetkę o zmiennym powiększeniu i obiektywie 40 mm. Karabinek był celny na 20 metrów a w dodatku potrafił dziurawić puszki prawie jak FAC.
Na spotkanie pojechali, jak poprzednio, wykorzystując zapał młodego kierowcy. „Cichy smok” drzemał sobie w pokrowcu w kieszeni którego było kilka paczek śrutów. Jedne do celów, inne do destrukcji. Przywitała ich uśmiechnięta Jola.

- Cały czas trenował. - powiedziała na przywitanie - Jego kumple też. - dodała.
- To dobrze. - odparł Stach z uśmiechem.
- Cześć, chłopaki - przywitał wszystkich.

„Rywale” byli już podochoceni kilkoma piwami i raz za razem strzelali do puszek. Widać, że ćwiczyli. Na 7 metrów żadna nie miała szans. Panie szczebiotały przy stole, który ustawiono obok kuchennego okna, a ojciec Joli siedział z boku rozeźlony.

- I co, masz karabin? - spytał Janusz Stacha.
- Mam, mam - odparł i wyciągnął swojego „smoka” z pokrowca.
- Fajny - padło kilka głosów.
- Zobaczymy jak strzela - wtrącił Janusz kąśliwie.
Stach napompował trzy razy sharpa, załadował i strzelił do swojej puszki. Dziura była w samym środku.
- Co to za pedalska strzelba. Luneta ładna, ale to jakaś dmuchawka a nie karabin - z przekąsem powiedział Janusz.
- No jakoś tak psyka, a nie strzela - dodał inny.
- Do takiego strzelania wystarczy. Nic nie mówiłeś o typie karabinka - odparł Stach - zatem strzelajmy.

Po trzech kolejkach był remis. Janusz i Stach mieli komplety trafień w puszki, jednak Janusz był coraz bardziej wściekły, a jego teść coraz szerzej się uśmiechał.
- Nieźle strzela, ale to i tak pedalska strzelba. Moja ma przynajmniej moc. - Janusz już był na granicy wybuchu.
- No to sprawdźmy. Masz jakieś grubsze puszki? - spytał Stach.
- Dawaj, sprawdźmy - wtórowali pozostali snajperzy.
- Mam po groszku - wtrąciła Jola.
- Dawaj.
Ustawili puszki. Janusz strzelił. Puszka spadła z belki. Jedna ścianka na wylot, w drugiej wklęśnięcie i pęknięta blacha.
- Teraz Ty.
- Ok.

Stach załadował twardy śrut (specjalnie do destrukcji), napompował trzy razy, strzelił. Jak poprzednio, z karabinka wydobyło się jedynie psss, puszka spadła. Z przodu dziura na wylot, w drugiej ściance pęknięcie. Twarz Janusza świeciła radością.
- Może jeszcze raz?
- Proszę.
Za drugim razem w puszce Janusza była przestrzelina na wylot przez obie ścianki. Stach dla pewności „machnął” pięć pompek... puszka zabrzęczała, ale nie spadła. Janusz aż krzyknął z radości. Podeszli bliżej. W puszce widniały dwie okrąglutkie dziury. Gospodarz zazgrzytał zębami.
- Poczekaj chwilę - odparł, po czym wsadził puszkę po groszku w puszkę po kukurydzy. Następnie wlał coś do pudełka ze śrutem i wstrząsnął nim. Załadował i strzelił. Słychać było wyraźne „klapnięcie” - „dizel" - pomyślał Stach - a z lufy karabinka wydobył się dymek. Podeszli bliżej - trzy ścianki przedziurawione. Stach napompował siedem razy, załadował i bum... puszki spadły. Obydwie na wylot.
- Masz coś grubszego?
- Mam stare wiadro - odparł teść Janusza i poszedł za stodołę. Po chwili przyniósł podrdzewiałe wiadro ocynkowane. Janusz załadował i strzelił. Brzdęk, podeszli i... tylko wgniecenie. Stach napompował dziesięć razy i... łup. Wiadro zadzwoniło. W pierwszej ściance dziura na wylot, w drugiej wgłębienie. Janusz był wściekły. Mięśnie szczęki pracowały, jakby żuł coś twardego.
- Masz szczęście, że tarczy nie mam bo byś przegrał, frajerze.
- To może zamiast tarczy coś innego... może nakrętki od butelek? – zripostował Stach.
- Dawaj nakrętki Jolka - ryknął Janusz. Widać było, że powoli przestaje panować i że jest coraz bardziej pijany.

Ustawili nakrętki od butelek po wodzie mineralnej i zaczęli strzelać. Janusz zestrzelił dwie z dziesięciu, jego koledzy nawet nie próbowali, ale Stach „zdjął” osiem.
- Pieprzony złom. Masz fuksa z tą pedalską strzelbą frajerze.
- A jak ty się czujesz, gdy frajer objechał Cię we własnym domu pedalską strzelbą? - zripostował spokojnie Stach
- Jak ci zaraz przy....lę - ryknął Janusz i ruszył do przodu. Nie wiadomo, czy chciał uderzyć Stacha czy tylko nastraszyć, ale uniósł prawą rękę w górę. Stach płynnym półkolistym ruchem zszedł z linii ciosu, złapał rękę i kontynuując ruch po kole pociągnął Janusza za rękę. Ten zrobił efektownego fikołka i padł na plecy, aż coś w nim zadudniło. Stracił oddech. Jola krzyknęła i podbiegła do Janusza. Ten po chwili zaczął oddychać i z trudem się podniósł. Widać było, że coś w nim pękło. Był bliski płaczu. Z wściekłości i upokorzenia. Jola zaprowadziła Janusza do domu.

- Ładnieś go Pan załatwił - powiedział ojciec Joli.
- Chyba trochę jednak przesadziłem. Ja chyba też jedno piwo za dużo wypiłem, ale ten eksperyment wart był tego.

Po kilku minutach wróciła Jola z informacją, że Janusz śpi. Goście powoli zaczęli się żegnać. „Snajperzy” już nie żegnali się zdawkowymi powiedzonkami, ale podawali Stachowi rękę w mocnym męskim uścisku. W ich środowisku można było jedynie w ten sposób zaimponować. Pozostali siedli przy stole, Jola podała ciasto i kawę. Grill zbliżał się ku końcowi.

- To gdzie Pan doradza, Stachu - ponownie zapytał ojciec Joli.
- Jestem psychologiem, a Ula jest prawnikiem. Doradzamy firmom w zakresie zarządzania personelem i prowadzimy szkolenia dla kadr. W wolnych chwilach pracuję społecznie w ośrodku pomocy rodzinie. Myślę, że powinnaś zadzwonić i się umówić. - podał wizytówkę Joli - Chyba potrzebujecie z Januszem pomocy.
- Jak to się stało, że został Pan psychologiem?
- Wylali mnie z polibudy, jak zostałem złapany z ulotkami. W trybie ekspresowym dostałem bilet do wojska i odsłużyłem swoje dwa lata. Psychologię skończyłem już po wojsku, już po upadku komuny.
- Gdzie byłeś? - spytał jeden z dwu kolegów Janusza którzy jeszcze zostali.
- W Bielsku Białej.
- Pierdzielisz! Serio?
- Serio.
- No to się Janusz naciął.
- Troszkę.

Pożegnanie odbyło się już w innej atmosferze. Koledzy Janusza na pożegnanie powiedzieli do Stacha: „Sorry, wiesz jak jest”. Podali sobie ręce. Wracając do domu Ula zapytała:
- Zadzwoni?
- Zadzwoni. Mam nadzieję.

Janusz obudził się po dwu godzinach. Ból głowy zapowiadał kaca giganta, do tego plecy go bolały i ciągle kasłał.
- Jolka! Jolkaaa, gdzie jesteś do k...y nędzy!
- Co się drzesz - odparł teść - zaraz przyjdzie, sprząta. Jak się czujesz? - kontynuował z chichotem.
- Nie wkurzaj mnie!
- Jestem już. Chcesz wody? - spytała Jola wchodząc do pokoju.
- Daj. Ten frajer, ten twój inteligencik jest jeszcze?
- Nie, poszli już.
- Dobrze. Nie chcę go już więcej widzieć.
„Nawet nie wiesz jak bardzo się mylisz” – pomyślała Jola patrząc na wizytówkę na której widniało: dr Stanisław Wróblik - psycholog, tel. ....

Ciągu dalszego nie będzie.


Autor: Andrzej "Hun" Mazurek


Fajne, fajne, nawet jeżeli

Fajne, fajne, nawet jeżeli to fikcja, to ładnie napisana ;)


portret użytkownika lightmun

Życiowe, chyba z 3 razy

Życiowe, chyba z 3 razy przeczytałem ten tekst. Bardzo dobry tekst.


Za dobre

jak na fikcję.Jest nauka nikogo nie lekcewazyć.