Prawie jak SWD



Mój wybór pierwszej wiatrówki


Było mroźne zimowe popołudnie. Chinki wesoło trzaskały w kominku. Edek od kredek smacznie przysypiał w fotelu, leniwie zastanawiając się, co by tu za artykuł popełnić... Z zamyślenia wyrwał go szczęk jednej z dolnonaciągowych chinek załadowanych serem. Najwyraźniej cosik się w kuchni wzięło i złapało w port ładowania...

No, drogie dzieci, tym razem nie będzie całowania misia w wentylator. Wspomniana zdechła mysza rozkłada mi się od zimy. Chyba pora wreszcie zapodać ten groch z kapustą.

POMPATYCZNE “BLA BLA BLA” - PRZYDŁUGIEGO INTRO CIĄG DALSZY

W niniejszym tekście, na przykładzie własnej wrodzonej głupoty, przedstawię garść subiektywnych opinii kręcących się wokół tematu kupowania sprzętu z półki położonej niewiele powyżej tej najniższej. Postaram się zbudować ograniczony obraz przykładowego kontekstu (nie mylić z przykładnym), w którym może odbywać się “pierwszy raz” ze sprzętem strzelającym. Co Czytelnik z tym zrobi - jego sprawa. W szczególności można to sobie wydrukować i użyć jak się papier toaletowy skończy, a przy okazji zaliczyć autora do kręgów opiniotfurczych. W każdym razie, poza wybranymi momentami, nie należy zbyt głęboko czerpać z niniejszych treści.

Opinie, które serwuję, są deczko nieaktualne. Liczę, że każdy czytelnik Airgunsa ma jednak mózg (a jak nie to sobie dorobi) i zechce odpowiednio adoptować lub odrzucić cożem nasmarował. Rynek nie stoi, produkty się zmieniają (uwaga - jedne na lepsze, inne na gorsze) - nawet jeśli nazwa pozostaje ta sama. I opinia o sprzęcie X kupionym 1 czy 5 lat temu może już nie mieć zastosowania do “tego samego” sprzętu X leżącego na wystawie dziś.

Zdjęć nie będzie. Nie ma miejsca na serwerze. A w każdym razie na takie bzdety to go szkoda - po co pokazywać coś, co nie wywołuje orgazmu.

W tekście zajmę się karabinem. Pistolet “na dzień dobry” uznałem za zbyt trudny (zob. przypis 0) (czego powodem było wejście w bliższą znajomość ze sprężynowym tureckim wyczynem klamkopodobnym, ważącym 1.5 kg - niewątpliwie nie dało się z tego szybko wykręcić sensownego skupienia). Może kiedyś temat w moim życiu zaistnieje. Na razie ledwo starcza czasu na karabin.

Artykulik jest bardzo nierówny pod każdym względem. I do kompletu długi jak buła-angielka. Nie dość że długa, to jeszcze oziębła, czyli dla faceta beztreściwa. Tekst za długo się kisił. Głupota w czystej postaci miesza się z zapożyczonymi elementami mądrości. Danse makabre jak w średniowieczu. Ale jest po godzinach i nie chce mi się udawać kogoś innego. Mam nadzieję, że podział na sekcje pozwoli uniknąć czytania całości.

ZANIM ZACZĄŁEM TEMAT WIATRÓWKI

W zasadzie na początku interesowała mnie broń palna. Nie podniecały mnie jakieś tam wiatrówki (nie wiedziałem co to), czarnoprochowce alias CP czy konserwowate kałachy tłoczone przez Ruska z blachy gdzieś na Zakaukaziu. Nie podniecały mnie też bogato inkrustowane, barokowo zdobione, złamaste a zawiasiste wymysły dla myśliwych i westernowców. Natomiast tak jakoś naturalnie a zarazem planowo, po wstępnym rozpracowaniu tematu, spodobała mi się policyjno-wojskowa prostota zwykłego karabinu.

Kawał solidnej, równej a ciężkiej rury, obowiązkowo z komorą i zamkiem na końcu, osadzone we w miarę praktycznej i przynajmniej śladowo estetycznej osadzie, z dyskretnym magazynkiem na 5 sztuk czegoś w rozsądnym rozmiarze, z solidną lunetą do kompletu, byle bez tego wieśniackiego tylnego koła od traktora używanego w wiatrówkowym FT (zob. przypis 1) - to właśnie przypadło mi do gustu.

Wspomniane “wstępne rozpracowanie tematu” zaczęło się od albumików Hartnika i tym podobnych produkcji. Od ręki były dostępne w księgarni. Tekstu tam dużo nie ma, pełne i najnowsze to jakieś nie jest (delikatnie mówiąc), ale jest masa zdjęć i podstawowe informacje. Po zaopatrzeniu się we wszystko, co akurat było na półce w księgarni za rogiem, obok sklepu z bronią, mogłem spokojnie usiąść w domu i pasjami poświęcać co któryś wieczór na konsumpcję zdjęć ze skąpymi opisami (podobno faceci są wzrokowcami). Tak to właśnie, niejako w ramach gry wstępnej, napawałem się do woli widokiem “interesujących obiektów zainteresowań technicznych” - okraszonych śladem danych pode kopią ich oblicza.

NA POWAŻNIE

Rzecz jasna, książeczki wspomniane, oprócz dostarczenia sporej porcji czystej pojary, dały mi odrobinę wiedzy. Przeczytałem te drobne kilka stron wprowadzenia zawartych w każdym z albumików. Znalazłem tam między innymi informacje o bezpieczeństwie (bardzo ładny wstęp, z którego, gdy czytać to gdzieś w środku w nocy, gdy budzi się i promienieje druga półkula, tchnie amerykańską wolnością połączoną z rozumem i równowagą). Wpadło też do mózgu coś niecoś na temat budowy i podstawowych kalibrów używanych we wielkim świecie. W sumie był to chyba moment, w którym mój popęd do Broni zaczął się cywilizować. Jak popatrzeć gdzieniegdzie po forach, niektórym podobnym mi wieśniakom tego etapu jakoś jakby zbrakło (niczym drzewa w lasu, jako pewna piosenka ludowa rzece).

ZIELONA TAKTYKA I TECHNIKA WALCOWANIA SPRZEDAWCY NA ZIMNO

Jak chodzi o temat wiatrówek, przed zakupem byłem zupełnie “zielony”. Przez “zieloność” rozumiem, że człowiek po prostu nie ma bladego pojęcia o strzelaniu (oczywiście mam na myśli raczej strzelanie precyzyjne, bo to leży w gestii moich zainteresowań - tak se ubrdałem). Nie wie czym to się je i co jest istotne. Nie wie jak trzymać karabin. Więc nie jest w stanie precyzyjnie określić co kupić. Nie jest nawet w stanie do końca powiedzieć po co chce kupić strzelający sprzęt. Zwyczajnie wybiera się w podróż w nieznany mu dotąd obszar. (Oczywiście powyższe stwierdzenia nie są regułą - są raczej dolnym oszacowaniem stopnia niewiedzy i towarzyszącej temu głupoty.)

Dalej szacuję (mierząc po sobie i po niepełnej obserwacji tego co niektórzy newbies robią/robili na forach), że jeśli o możliwości posiadania pneumatyka bez pozwolenia delikwent dowiedział się “z ulicy” czy w sklepie, to prawdopodobne, że nie posiada żadnej wiedzy technicznej na zadany temat. Kupuje w ciemno, nie wiedząc co, jak i po co. W szczególności nie wie co dokładnie jest w środku nabywanego sprzętu. Nie zna rynku, nie wie co można mieć. Nie popatrzył na ceny, nie przejrzał spektrum sprzedawców. I tak dalej. (To znowu tylko dolne oszacowanie.)

Czujecie o co chodzi. Tak przynajmniej było ze mną w okolicach 2005.

Wałkowanie tematu rozpocząłem od wspomnianego sklepu z bronią, tego co za jego rogiem owa księgarnia była. Bronia, chwilowo w Polsce nie obecna, zastępowana była przez nie mającego specjalnie dużo do roboty pana za ladą. Owa Bronia zastępcza była dość rozmowna.

Gadki odbywały się między jednym a drugim klientem. Polska w temacie sprzedaży broni to jednak chyba straszne zazupie w porywach przechodzące w głęboką zupę właściwą. Kurzą się i rupiecieją sprzęty na wystawach. Tak to już jest, od kiedy Bronia w okolicach 1945 dokądś wyjechała (niektórzy mówią, że gdzieś się dekuje, inni że spółkuje tylko ze zbójcami). W każdym razie czas na gadanie był.

Rozmowność pana zza lady pozwoliła trochę liznąć temat i w efekcie ominąć kilka ewidentnych krowich placków. Z drugiej strony rozleniwiła mnie, powodując zarzucenie jakichkolwiek dalszych poszukiwań i oglądów.

Miałem to szczęście, że tam w 2005, ten sprzedawca był neutralny. Nie zależało mu i jakoś specjalnie nie działał na moją szkodę. Gadaliśmy sobie i tyle. Facet co najwyżej robił swoją robotę a i w pełni się chyba na temacie nie znał (potem zresztą zniknął z tego sklepu).

PRZYMIARKI DO ZAKUPU

Od rozmów przeszło do czynów. Pieniędzy jeszcze nie miałem, ale nic to. Macać bowiem za darmo można, co najwyżej z klepnięciem może być trudniej (zob. przypis 2).

Jeśli dobrze pamiętam, sprzedawca dawał mi do łapy Hatsany i parę jeszcze innych. Te inne to były jakieś hiszpańskie sprzęty i chyba chińskie do kompletu (jak to się zwało, nie pomnę, też coby zamętu nie wzmagać z modelami obecnymi obecnie na rynku).

Ze względu na niewiedzę i cenę, temat a'priori zawęził się do łamanej sprężynówki. Niektóre kryteria wyboru miałem naprawdę “ciekawe”.

Te chińskie sprzęty jakoś tak cienko wyglądały (nie to żebym powtarzał zasłyszane opinie czy chciał być na siłę tendencyjny - g... jakie jest każdy widzi). Co to kuchnia jest - jakiś krótki klocek jak dla niemowlaka (pewnie dziadują na drewnie, na czymś trzeba ten ryż gotować), pomalowany w jednej wersji lakierem i wyglądający jak wypłowiała trawa, w drugiej pociągnięty jakimś lakierem brązowym w kolorze kupy... (te same uwagi miałem do drewnianego Hatsana 5x)... Na pewno nie jest to cool i nie wygląda jak te prawdziwe co je na zdjęciach widziałem. Ktoby chciał mieć karabin w kolorze kupy??? Krzywe te blachy, widać że to młotkiem niepowtarzalnie robione... Nity... co to - samolot jakiś? Raczej małoduraluminiowy. Custom jakich próżno szukać w cywilizowanym świecie. Nawet blaszana ruska chała tak za PRL nie wyglądała. Nie nie nie, stanowczo dziękuję! Hrabia von Edek z czegoś takiego na pewno strzelał nie będzie. I jeszcze co to jest ten blaszany guzik przy lufie z krzywo nabitym jakimś wzorkiem? Bezpiecznik? W takim miejscu? Blokada? Czego blokada? Chyba mózgu klienta, żeby sprzedawca miał szersze możliwości ogłupienia.

Te hiszpańskie wyglądały jakoś lepiej. Korpus miały solidniejszy, masywniejszy, lufę jakby też. Jakiś ślad połysku. Ale nie podobało się, że logo jest wybite na wierzchu jakoś tak krzywo i w dodatku materiał wokół wybić wystaje ponad powierzchnię. Do tego jeszcze to krótkie łoże zabejcowane (?) pod lakierem w jakąś wiśnię wpadającą w fiolet... Nigdzie na zdjęciach z tym co jest cool takiego koloru nie widziałem. Z cyrku nie jestem. W dodatku cena... była wyższa niż Hatsana, bo wiatrówka podobno lepsza... Wiśniowa wiatrówka lepsza? Nie, to zdecydowanie niemożliwe.

Mniejszy Hatsan 5x (popularny w owym czasie jak "Popularne" bez filtra w Polsce Ludowej) odpadł ze względu na rozmiary osady.

Za to Hatsan 70 na tle tych pozostałych prezentował mi się ładnie – co sugerowało jakość wykonania. Był po prostu ładny z wierzchu. Miał połysk na powierzchni. Oczywiście była to do pewnego stopnia magia oliwki (czy innego środka którym karabinek był zakonserwowany) i odcienia oksydy (chyba innego niż u pozostałych oglądanych). Do kompletu karabinek miał ładne, równe logo na cylindrze (do tej pory nie wiem jak oni to robią).

Nie ma co ukrywać, głupi byłem i dokładnie tak na to patrzyłem. Przypominają się w tym miejscu 3 teksty (cytaty niedosłowne): pierwszy chyba (para)biblijny, śpiewany przez "Kult" “nie kochaj rzeczy które z tego świata są i w nim są, nie patrzaj w blask który świeci, bo świeci odbiciem tylko”; drugi literaturowy: “To co z wierzchu złotem świeci, wewnątrz będzie okopciało”; a trzeci to przysłowie, lecące jakoś tak: “wszystko co dobre jest ładne, ale nie wszystko co ładne jest dobre”.

Oczywiście drobne okopciałości było widać już z wierzchu. Nie podobał mi się plastikowy język spustowy kiwający się na boki (tak, nie musiałem czytać forum, sam do tego doszedłem) (zob. przypis 3), nie podobały mi się te niepoobcinane nadlewki na plastikowych przyrządach celowniczych... Ta krzywa plastikowa zatyczka z tyłu... Co to ma być? Z tego się ma strzelać??? Gapiąc się tak, starałem się wybrać coś pozbawionego dadaistycznych asymetrii, żeby nie tworzyło chorego obrazu w podświadomości i niepowodowało torsji na tle estetycznym (tak to już jest jak człowieka nie stać na coś porządnego).

ODROBINA ROZSĄDKU - KRYTERIA

Wpośród tej masy głupot, zdołałem jednak zbudować kilka racjonalnych kryteriów wyboru. Niestety, deczko błędnie je zastosowałem.

Pierwsze kryterium było związane z osadą. Za grosz nie wiedziałem jak się karabin trzyma. Bo niby jak i skąd ma to wiedzieć napalony maniak, bez żadnego doświadczenia strzeleckiego. Nie mniej jednak po doświadczeniach z pistoletem, rozumiałem że karabin ma ze 3 punkty podparcia i sporo będzie zależało od tego na ile wygodnie leży. Próbowałem więc rozpracować temat.

Przymierzałem się do karabinu na stojaka, tak jak mi się zdawało że trzeba. Oczywiście przymierzałem się źle, co miało swoje negatywne konsekwencje przez następne 3 lata prób celnego strzelania. Próbowałem posiłkować się jakimś zdjęciem pozycji stojącej ze słownika o broni. Upatrzone zdjęcie oczywiście pokazywało pozycję stojącą, ale chyba jakoś tak przy strzelaniu do rzutków czy z łysej lufy bez przyrządów do dzika - a to raczej nie to samo co do strzelectwa tarczowego. No, ale wiadomo, “mądry” byłem. Słownik o broni (taki trącący mychą) oczywiście se kupiłem żeby być mądrzejszym, tak jak i resztę książeczek, w księgarni za rogiem. Każde źródło informacji jest dobre. Pod warunkiem, że się je rozumie i umie z niego skorzystać. Wszędobylskie śmieci trza umić precz wyrzucić.

Próbowałem pogadać ze sprzedawcą na temat długości a, b, c i d poszczególnych elementów łoża. Owe magiczne “a, b, c, d” i inne długości elementów łoża znalazłem na rysunku, również we wspomnianym słowniku. Niestety, sprzedawca zamiast czegoś konkretnego na temat a, b, c i d serwował samo “be i me”. Czy może już mu się nie chciało gadać. A i ów słownik nie był oczywiście jedynym na świecie źródłem gdzie należało szukać by znaleźć. Więc pomysł może i był dobry, ale efektywnie działałem na ślepo.

Podobał mi się ten bulb u dołu łoża we frontowej części. Fajnie to leżało w ręce i coś mi tam z przetrzepanych albumów przypominało. Możecie się śmiać z mojego wieśniactwa, ale na poważnie: to przecież ważne, żeby sprzęt się jakoś dobrze kojarzył. Wtedy soki krążyć zaczynają no i wiadomo co dalej.

Kompletnie nieświadom konsekwencji mechanicznych, radośnie macałem karabinek z osadą plastikową. Ale co tam. L2A1 też jest plastikowy - a przecież mimo pastelowej zgniłej zieleni jest po wojskowemu ładny i pewnie praktyczny. Tyle że... mechanika działania broni palnej, kopiącej do tyłu, jest zupełnie inna niż mechanika działania wiatrówki sprężynowej, kopiącej - w uproszczeniu mówiąc - w obie strony. Mgliste miałem wtedy pojęcie o wiatrówkach...

Drugie kryterium dotyczyło spustu. Sprzedawca zwracał na to uwagę, mówiąc - co mogłem później przeczytać na forum (właściwa kolejność postępowania, nie?) - że ów wstępnie wybrany Hatsan ma dość twardy spust. Ale co tam. Ruskij czieławiek wszystko zniesie, a twardy spust pewnie wyrobi zdrowie i siłę palca spustowego. Więc chyba mam rację, bo tak chcę i wiem czego chcę. Chcę być twardy, więc z twardym spustem mi po drodze. Przejdziem Wartę, Wisłę też.

Jak teraz patrzę na te spustowe poglądy przez pryzmat “osiągnięć”, to... No cóż, może takie podejście i jakąś sensowną rolę odegrało, przynajmniej rozciągnąłem sobie palec jak trzeba. Ale... jakoś tych osiągnięć nie widać... Prawdę mówiąc, jak chodzi o skupienie, to na razie wciąż jeszcze coś bardziej przyziemnego niż spust jest moim problemem. Do kompletu zmieniłem rękę. Więc niestety klarownie nie mogę odpowiedzieć czy z tym spustem wybrałem dobrze czy źle... i jakie konkretnie skutki tego wyboru były. Nie mniej jednak, opinie ludzi którzy cokolwiek osiągnęli, są takie - i zaczynam się pomału w głupocie swojej a eksperymentatorstwie ku opiniom owym skłaniać - że twardy spust to nie koniecznie jest dobry pomysł. Gubi się wrażliwość, potrzebną do celnego strzelania; coś tam można wykręcić, ale pewnego progu przejść się raczej nie da (zob. przypis 4). A w każdym razie z miękkim, równym spustem, jest łatwiej. Zresztą gdyby było inaczej, zawodowcy nie sięgali by po miękie spusty w celu osiągnięcia wyczynowych wyników. Nieprawdaż? Miliony much nie mogą się mylić. Garstka fachowców również. Można wybierać.

Spust miał jeszcze niby jakąś regulację. Oczywiście potem okazało się, że z oryginalną długością śrubki nie dało się niczego przstawić. Te 145 to se wkręć... I w zasadzie nie wiadomo co to za regulacja, bo w instrukcji nie było ani słowa na ten temat. Dopiero dużo później zrozumiałem, co śrubką ową można zarządzić. Stało się to gdy wreszcie rozebrałem sprzęt i zrozumiałem jak działa (w obu czynnościach posiłkowałem się cennymi informacjami z ówczesnego forum Hatsaniarzy). Jakby jednak nie patrzył, koniec końców, pod względem regulacji spustu, macany Hatsan odróżniał się na tle pozostałych sprzętów. Wystarczy odpowiednie tło i brak towaru z wyższej półki, a wszystko się sprzeda.

Później okazało się, że nieświadom co do budowy i jakości kupowanego sprzętu popełniłem jeszcze 2 błędy. Po pierwsze kupiłem karabin z wyjątkowo wszawym jakościowo mechanizmem spustowym (uwaga: od tamtych czasów Hatsan zmienił sposób produkcji elementów mechanizmu spustowego). Po drugie - co skonstatowałem dopiero po 3 latach (gdy karabinek wykończyłem) język spustowy był - przy mojej biometrii - umieszczony za daleko od rękojeści. Niby detal, ale... skutecznie składa się na dysharmonię i wynik na tarczy czy ilość położonych blaszanych zwierzaków.

Ten wic z położeniem spustu względem rękojeści zczaiłem dopiero gdy po 3 latach wziąłem do ręki drugi karabin (ale dupek ze mnie, co?). Teoretycznie można było to wyczaić wcześniej, pożyczając coś od kolegów z klubu. Niestety nie mam aż tak dobrych relacji ze światem. Ponadto uważam, że karabin jest jak szczoteczka do zębów. A na spotkaniu klubowym jeleniowi jak ja trudno było by rozczaić cudzy sprzęt w trakcie jednej sesji...

ZAKUP – DWA KRYTERIA “UKRYTE”

Koniec końców kupiłem tego Hatsana 70, w osadzie plastikowej, w kolorze “Magic Wood” (jako producent zwał wzór sitodruku na owym plastikowej osadzie). Kolorek osady (właściwie to chciałem czarne) zdawał się być akceptowalną błachostką, bliską może koloru kupy, ale wystarczająco odległą od koloru chińskiej sraczki.

O tym co kupić, oprócz racjonalnych (ale nieudolnie użytych) tudzież irracjonalnych kryteriów, zadecydowała przede wszystkim ówczesna zasobność mojej kieszeni. To było pierwsze “ukryte” kryterium. Ukryte, bo nie miałem ochoty podkreślać własnej biedy ani pamiętać o niej.

Z drugiej strony chciałem koniecznie coś kupić. I w tym czai się drugie kryterium “ukryte” - deczko może mętne i z zakresu dorabiania teorii do wiązania sznurowadeł. Doszedłem mianowicie do wniosku, że cokolwiek kupię, i tak nauczę się z tego strzelać. Może później bo później, ale się nauczę. A potem się zobaczy, jakoś to będzie. Może się przesiądę na coś lepszego. Czyli to kryterium wyboru było oparte na ocenie stanu własnego. Stan zielony, znaczy sprzęt nie koniecnzie musi być super, bo niby po co. Lepiej na początek zepsuć coś miernego, niż płakać nad zepsutym sprzętem za kilka kafli polisz niu.

Oczywiście można pójść inną drogą: dozbierać i już na początku kupić coś lepszego technicznie. Mi się jednak nie chciało czekać. Nawet mi się nie chciało dalej szukać. I to był błąd. Bo chyba można było wybrać lepiej w podobnej cenie. Ja jednak tą drogą nie poszedłem (zob. przypis 5). Koniecznie chciałem jak najszybciej zacząć strzelać. Zobaczyć jak to jest i czym to się je. Niewątpliwie snajperem nie będę. Brakuje mi spokoju i cierpliwości.

Bogaci nie mają problemów w tym zakresie. Mogą sobie kupić od razu wypasioną matchówę i do kompletu po egzemplarzu z niższych półek. Ot tak - żeby zobaczyć czym żyje biedota. I jak to jest, kiedy spust się ciągnie jak pospieszny torem lokalnym w przewozach regionalnych. A sprężyna, rozprężając się na niedopasowanej prowadnicy, wydaje ze się kaszlnięcie. Kaszlnięcie, które w porywach, w rozwijających się określeniach klubowych kolegów, przechodzi w pierdnięcie gdzieś między jednym i drugim dymkiem a puszką coli. Niewątpliwie tani sprzęt od początku zmusza do planowego ignorowania otoczenia. Co zresztą, w przypadku takiego młotka jak ja, trudne nie jest.

DALSZE REFLEKSJE

Jak wynika z powyższego opisu, kupując owego Hatsana 70 Magic Wood, nie miałem żadnego pojęcia o budowie wewnętrznej karabinka. Wiedziałem tylko tyle, że w środku jest sprężyna, tłok i uszczelka. Z wierzchu cylinder, lufa tudzież spust i cośtam.

Jednym słowem, kupując pierwszy karabinek, byłem świadom trochę jak ci ludzie, spacerujący sobie spokojnie z dziećmi, owego feralnego dnia czerwca 1986 w Czarnobylu. Porównanie może trochę na wyrost, ale... w dużym stopniu podobnie brzemienne w skutki.

Pół biedy, że sprzedawca doradził raczej wziąć kaliber .177 cala (4.5 mm), bo śrucik do 5.5 mm może być trudniejszy do kupienia i deczko droższy. Przynajmniej tej gafy nie popełniłem. No i gdybym przypadkiem chciał liczyć punkty na tarczy, to mam przepisowe 4.5 mm. (Jest jeszcze jeden powód dla którego grzeczne dzieci nie powinny kupować 5.5, ale może tego otwartym tekstem nie napiszę.)

PRZYMIARKI DO STRZELANIA I ICH KONSEKWENCJE

Dobra. Wiatrówkę kupiłem, ale gdzie z niej strzelać? W głowie nadal trwała wątpliwość, czy aby na pewno można sobie iść gdzieś gdzie nie stwarza się zagrożenia dla innych i tak po prostu zacząć rżnąć. W Polsce? Gdzie by tu pójść...

Wstępny wybór padł na jeden z dawnych fortów (uwaga, nie chodzi o “Augustówkę”/”Siekierki” w Warszawie).

No więc teraz, żeby specjalnie nie zwracać na siebie uwagi w tych krzakach, trzeba było jeszcze skombinować tłumik do nabytego sprzętu. I tak to, pozyskawszy informacje o forum bodaj od subiekta, pojawiłem się gdzieś w 2005 w piaskownicy. Jak tylko tam wypłynąłem, zaraz mnie podtopili. Jeb wiaderkiem i łopatką. Bo że tłumik to nie temat na rozkładówkę, i tak dalej. Cóż - takie były czasy. Najwyraźniej wszyscy w tej piaskownicy, między jednym a drugim klepaniem babek po zupie, czegoś nie byli pewni.

Za tłumikiem chodziłem jakiś czas. Chciałem nawet kupić porządny, taki do FAC-owej 34-żulówki. Żeby miał zapas i naprawdę gwarantował efekt.

Problem zaczął się od przejściówki, którą trzeba było wkleić, z obcinką i koronowaniem lufy do kompletu... Jako że - jak się potem okazało ze względu na RM - były wątpliwości czy to aby nie podpada pod produkcję broni - postanowiłem jakoś inaczej przerobić temat.

We składzie na drugim końcu wsi, zamówiłem, pośrednio przez pewnego subiekta, specjalną przejściówkę dwuśrednicową (Hatsan po zbiciu tunelu muszki, jak wiadomo ukazuje koniec lufy obtoczony z zewnątrz na mniejszą średnicę). Miał ją mi wymęczyć jakiś kolo, gdzieś we wschodniej Polsce. Po chyba 3 miesiącach molestowania subiekta towar w końcu przyszedł. Najwyraźniej tokarz wytrzeźwiał na tyle by dotoczyć partię i wysłać ją do lakierni proszkowej, a i na poczcie coś nie wyszło i nie zdołali drugi raz zgubić paczki. Niestety - wbrew zamówieniu - towar przyszedł wyrzeźbiony nie ze stali tylko z aluminium... i rzecz jasna równo zamontować się na lufie nie dawał (ze względu na nieosiowość przewodu lufy z zewnętrzną powierzchnią tejże).

No ale skoro się powiedziało A, trzeba powiedzieć i Beeeee. Tak stałem się niezupełnie szczęśliwym posiadaczem tłumika, który w zasadzie chronił tylko przed utratą słuchu, ale właściwie nic nie tłumił. Konstrukcja to była rozbieralna, pseudorefleksyjna, z prostymi separującymi stożkami zamiast wyprofilowanych prowadnic zawracających, z jakąś sprężynką rodem z gługopisu (gdyby nie rozmiar) w środku. Działało od biedy, po odpowiednim przełożeniu tych stożków i wsadzeniu jakiejś sprzężyny od parasola czy jakoś tak.

Gdy już skompletowałem urządzenie wylotowe, pomysł strzelania w parowie fortu, wskutek pewnych działań rozpoznawczych, wziął i odpadł. Na szczęście dzięki innym dzieciom z piaskownicy, na horyzoncie wyrosła dzika, post-MSWiA-owska strzelnica na dawnym forcie Augustówka (alias “Siekierki”).

Tłumiczkiem bawiłem się sprowadzając go do osi za pomocą pedalskich blaszek (wyciętych z okienka od dyskietki) i pilnika, ale temat całkowicie stracił na znaczeniu (zob. przypis 6) i pieniądze niepotrzebnie wydałem.

OPTYKA

Rzecz jasna w miedzyczasie, pomału, równolegle, najwyraźniej wskutek przesiewania piasku w piaskownicy i okazjonalnych wycieczek po sklepach, rysowało mi się pierwsze przybliżenie celownika do kupionego sprzętu. Skoro podobno Hatsan wszystko niszczy, a dziadowską podrabianą lupę i montaż można kupić na bazarze taniej niż w sklepie, to czemu tak nie zrobić. A nuż się uda za tę stówkę. Pomysł był dobry, tym bardziej że pieniędzy na zabawę specjalnie nie miałem.

Połaziłem po stadionie, gdzie podobno jest wszystko, i stałem się szczęśliwym posiadaczem Bazar-Tasco 4-9x32 z krzyżem czwóreczką - takim na jelenie). Do kompletu kupiłem też jednoczęściowy montaż, rzecz jasna chiński.

Potem, już po zakupie, wśród stosu różności, znalazłem dość konretną stronkę, nomen omen na Airguns, gdzie Yaro (i chyba inni) w miarę konkretnie rozpisywał(/li) się na temat celowników maści różnej. Pokazywali tam różne zabawki (czy ta strona jeszcze istnieje?), pokazywali jak zerować i testować. Niestety to co polecali, leżało poza moim zasięgiem finansowym...

No i co? Ano nic. Jajco. Coś musi mi zostać na następny artykulik. Jako naucza Apage Satana, nie należy mówić od razu “Z”, bo potem nie ma już nic.

EFEKT KOŃCOWY - SWD

Koniec końców dnia pewnego zebrałem wszystkie klocki i złożyłem w całość.

Co wyszło? Ano razem z tym tłumikiem wyszła mi wędka - jako potem koledzy z WKFT, na ZKS, zgodnie z prezesem na czele, z pełną sympatią, orzekli.

Ale co tam. Ruskij czieławiek wszystko zniesie. W końcu SWD słynie między innymi z tego że jest za długi (i niewygodny do operowania w krzakach). Ale w kraju, gdzie w zasadzie prawdziwej broni palnej bez dużej kasy i bardzo specjalnych starań mieć nie można, posiadanie czegoś co ma własności na przykład prawdziwego SWD (jest za długie), to nie grzech. A wręcz jest to powód do dumy (nie mylić z parlamentem co go mają we wsi obok kraj dalej w prawo). W końcu SWD, mimo że tłoczony z blachy jak kałasz, to podobno jednak karabin snajperski. Czyli jak zapomnieć o tych tłoczonych blachach to wyjdzie coś trochę jak prawdziwy karabin moich marzeń.

Logika, sami przyznacie, niepodważalna. Czytelnik-psycholog właśnie pewnie przywołuje pojęcia racjonalizacji, idealizacji, infantylizmu i przeniesienia - drapiąc się z przerwami po dupie - pewnie z nudów i zażenowania.

SPRZĘT JAK KAŻDY INNY - ALE CO Z SAMYM STRZELANIEM?

No właśnie. Coraz krótsze akapity wskazują, że płytki temat, się nie wiedzieć czemu, gwałtownie kończy.

Coś się zgubiło? Zakup i kompletowanie to było raptem może paredziesiąt dni (między uprawianiem hobby kiedyś trzeba pracować). A gdzie te lata zabawiania się z zakupionym sprzętem?

Ano były. Ale to inna historia. Tego się nie da opisać. Znaczy dać się da, ale nie ma sensu. Bo to są jednostkowe doświadczenia. U każdego inne. Jak dla mnie istota zabawy polega na ich nabywaniu. Jako napisali: smakowało by ci jabłko gdyby ktoś je za ciebie pogryzł? Pewnie nie. Więc se kup, pogryź i zjedz samemu. Jabłka są różne. Na końcu pozostaje wyrzucić ogryzek, chyba że masz zwyczaj zjadać wszystko.

Poza tym z doświadczeniem jest tak jak z tym artykułem. Część doświadczeń jest głupia. I na pewno o wszystkich nie ma sensu pisać. Co gorsza, może się okazać, że doświadczeń mądrych jest mało i nie bardzo jest o czym pisać. Sic! (czy może Howgh! jak mawiali ci starożytni Grecy w łacinie uczeni).

Tak więc Obywatelu Czytelniku, zamykam klapę. Jeśli nie kupiliście jeszcze sobie wiatrówki, macie oto opowiastkę. Fragment jednostkowej historyjki. Ustosunkujcie się krytycznie, błędów nie popełniajcie. Poczekajcie aż ktoś popełni podobny (lub niepodobny) artykuł na temat innych karabinków, z sąsiadującej półki (liczę na to, że wyższej - może coś o wyższości Świąt Slavii nad Świętami Hacana). I nie robić mi tu zbiegowiska, rozejść się.

PRZYPISY

(0) - zwykle ludzie którzy coś osiągają, sięgają jednak po pistolet. Pistolet nie jako dyscyplinę, ale jako środek treningowy do ręki spustowej, czy zabawę dopełniającą treningi z karabinem (powszechnie wiadomo o tym z netu, w tym list dyskusyjnych - szukajcie a będzie wam odpukane).
(1) - tak może myśleć człowiek, który jeszcze nie wie na co patrzy, trzepiąc przypadkowo znalezione fotki z jakiegoś Morska (właściwie gdzie to Morsko do cholery jest??? Sądząc z nazwy, pewnie gdzieś nad morzem, co?).
(2) - pan A przyszedł do pana B i zaproponował mu pieniądze za możliwość klepnięcia w tyłek pięknej, krąglutkiej żony C pana B. Po krótkim targu i dojściu do niemałej sumy 100 tysięcy złotych, pan B zgodził się. Pani C wypięła się, a pan A położył jej rękę na tyłku i gładzi. Rozeźlony pan B pyta na to: No co jest, miałeś ją klepnąć nie gładzić??? Na co pan A odpowiada: Klepnąć kosztuje 100 tysięcy, a pogładzić to sobie przecież mogę za darmo.
(3) - niewątpliwie zadowolenie z własnego krytycznego podejścia, będące reakcją na zauważone negatywne właściwości produktu, stało się jedną z absurdalnych przyczyn zakupu (absurdalnych patrząc z perspektywy czasu i zebranego doświadczenia).
(4) - trudno to do końca określić, bo akurat gdy treningi i próby zaczynały przynosić pierwsze rezultaty, sprzęt się wziął i rozsypał, a tak jak napisałem, przy przesiadce na inny musiałem zmienić rękę. I aktualnie jestem w punkcie wyjścia, bez możliwości zweryfikowania co udało mi się osiągnąć drugą ręką.
(5) - mam nadzieję, że ci którzy poszli “ścieżką Slavii” napiszą komplementarny artykuł. Tyle, że pewnie będzie on mniej barwny, bo nie będzie aż tylu problemów do opisania.
(6) - oczywiście dziś powszechnie używa się tłumików. Znacznie ułatwia to życie na strzelnicy (nie ma takiego hałasu). Szczególnie ma znaczenie przy strzelaniu na 10 m, w zamkniętym, źle wytłumionym pomieszczeniu. Wbrew pozorom, sprawa dotyczy również sprzętów “niskoenergetycznych” - mam tu na myśli te mające w okolicach 7.5-10J.


Autor: Edward Cichy


portret użytkownika Closterman

moja pierwsza

i jak do tej pory jedyna dmuchawka to PCA SharpINNOVA . Nafaszerowany wiedzą internetową kupiłem to coś na allegro od niewątpliwie zadowolonego sprzedawcy. Jako majsterkowicz z zamilowania stworzyłem potwora miotającego precyzyjnie pestkami na ok 50m.przy dwu pompnięciach



tekst długaśny ale ciekawy :)


portret użytkownika Julius

Pierwsza wiatrówka

Bardzo ciekawa historyjka rzekłbym opowiadanie a tak swoją drogą to ciekawy pomysł na cykl artykułów p.t "Moja pierwsza"(interpretacja dowolna) JULIUS C.


Full Metal Jacket

Ja napiszę artykuł "Moja

Ja napiszę artykuł "Moja pierwsza czekolada - niestety Chińska".Myślę że wyjdzie fajnie


850 AirMagnum +Blog 6-24x50 AOE

portret użytkownika lightmun

A komu przypadnie napisanie

A komu przypadnie napisanie artykułu "Moja pierwsza dziewczyna- Chinka"?