O oswajaniu



Porada jak oswajać pneumatycznie


Nie, nie będzie tu o oswajaniu kotków, piesków, papużek i innych zwierzątek. Skoro to portal strzelecki, rzecz będzie o oswajaniu z wiatrówką. Kilka rad i przemyśleń jakie mi się nasunęły podczas przygody ze strzelectwem pneumatycznym.


Oswajanie siebie (z wiatrówką)


W końcu ją masz. Leży sobie w paczce przed Tobą. Pewno pamiętasz to uczucie radości, euforii z faktu, że w końcu Twoje marzenia się spełniły i stałeś się posiadaczem urządzenia pneumatycznego, posyłającego kawałki ołowiu w określonym kierunku (w przypadku wiatrówek chińskich gratis dostajesz opcję kierunku losowego – tylko z grubsza możesz określić gdzie toto wystrzeli), popularnie zwanej wiatrówką, plujką, dmuchawką, itd.

I teraz zależy wszystko od Ciebie. Czy jak najszybciej oswoisz się z myślą, że możesz nią wyrządzić krzywdę, czy też nagle staniesz się macho, postrzegającym świat jako zbiorowisko ruchomych celów. Wszystko zależy od Ciebie. Ty decydujesz czy śrut poleci w kierunku celu martwego (puszka, spiner, tarcza, itp.), czy też w kierunku celu który żyje, oddycha, i za chwile może nie żyć z powodu Twojej głupoty. Nie, nie mylisz się. Wiatrówka może zabić. Każdy kto ma wiatrówkę i celuje sobie dla rozrywki do czegoś co żyje, zasługuje na wizytę u psychiatry lub lobotomię. Co Ci przeszkadza? Że oddycha? Dla mnie największym idiotyzmem jest pozbawianie jakiejś istoty życia dla rozrywki. Dobra. Skończmy ten temat. Musisz tylko pamiętać, że jakkolwiek by to nie pojmować, to Ty odpowiadasz za ewentualny postrzał. Ty musisz pomyśleć gdzie strzelać, czy w danym miejscu strzał w razie pudła natrafi na kulochwyt, czy też poleci dalej robiąc komuś krzywdę. Ty musisz przed strzałem upewnić się czy ktoś nie wejdzie ci „pod lufę”.

OK. Oswoiłeś się z myślą że możesz komuś zrobić krzywdę, wybrałeś miejsce bezpieczne, ustawiłeś cele i zaczynasz strzelać. I dziwisz się, czemu śrut lata jak chce i raczej omija cel niż w niego trafia. Zanim pójdziesz do sklepu z reklamacją wadliwego sprzętu, poczytaj trochę po internecie na temat pozycji. Tylko proszę bez zbereźnych myśli, tu chodzi o pozycje strzeleckie. Nie będę przypominać, ani opisywać jak powinna ona wyglądać, goglarka poda Ci mnóstwo informacji na ten temat.

OK. Poczytałeś, wiesz już jak trzymać, jak ustawiać się do strzału, jak celować, itp. Jesteś pełen teorii i palisz się do praktyki. Strzelasz pełen zapału i... I nic. Wystrzelony śrut co prawda lata o wiele bliżej celu, czasem nawet muśnie go po brzegu, ale to wciąż jest nie to. Nie przejmuj się. Jak powiedział mi kolega: „po około 1000–2000 śrucin zaczniesz łapać o co w tym wszystkim chodzi”. I przyznaje mu rację teraz. Dopiero po wystrzelaniu takiej ilości zaczynałem „czuć” swoją Slavkę i wiedzieć jak strzelać, by trafiać. Tu nie ma jakiejś czarodziejskiej recepty, drogi Czytelniku. Nikt też nie pstryknie palcami i nie sprawi, że nagle będziesz strzelać jak skrzyżowanie Robin Hooda z Wilhelmem Tellem i domieszką Renaty Mauer. Tutaj jedynie pomoże strzelanie, strzelanie i jeszcze raz strzelanie. Im więcej śrutów przepuścisz przez lufę tym lepiej i celniej będziesz strzelać.


Oswajanie otoczenia (najbliższego)


Już jesteś oswojony z wiatrówką, łapiesz już o co w tym wszystkim chodzi, lecz Twoje najbliższe otoczenie może nie być nastawione entuzjastycznie. Dla Ciebie jest to bardzo dobry sposób spędzenia wolnego czasu, natomiast Twoja żona (narzeczona, dziewczyna, matka - niepotrzebne skreślić), może mieć zgoła zupełnie inne zdanie. Niestety w moim przypadku, żona uważała to za kompletną stratę czasu. Nie pomagało pokazywanie lśnienia oksydy, nie działały na nią drewniane słoje osady. Wg niej było to „kawał rurki z drewienkiem, które zabiera ci czas który mógłbyś przeznaczyć na: "..." i następowało wyliczenie czynności znacznie bardziej fascynujących dla żony niż strzelanie.
No i co wtedy?
Podam sposób najprostszy. Nie, nie chodzi o zastrzelenie. Ja zabrałem swoja ślubną na małe strzelanie w większym gronie. Co prawda wpierw patrzyła na zgrupowanie strzelców, jak na bandę nieszkodliwych wariatów, ale nie werbalizowała jakichś pretensji. Ponieważ nie miałem jeszcze swojej plujki (chciałem u żony wpierw „urobić” grunt), kilku kolegów użyczyło swoich „zabawek”. Żona wpierw wysłuchała krótkiej instrukcji uświadamiającej jej, co to jest, którym końcem strzela i co trzeba pociągnąć by strzeliło, po czym zasiadła przed torem i obrzuciła go uważnym okiem.
Na torze jak na torze. Kilka spinerów kręciło się radośnie, kilka tarcz zaczynało przypominać ser szwajcarski, kilka figurek FT kładło się i wstawało. Do tego dochodziło syczenie powietrza rozcinanego śrutem, czasem gdzieś słychać było głośniejsze „ziiiing” rykoszetu i skrzypienie składanych figurek.

Moja Mżonka wpierw wybrała najbliższy spiner, spudłowała, zatrudniła mnie do włożenia śrutu i ponownie strzeliła. Po jakimś czasie spiner łaskawie wykonał kilka kółek pokazując, że starania ślubnej nie poszły na marne. Zachęcona tym sukcesem wybrała sobie figurkę wiewiórki oddaloną około 20 metrów i rozpoczęła regularny ostrzał obłupując kawałki farby z blachy. Ponieważ jej wysiłki nie przynosiły rezultatów, delikatnie zasugerowałem by wybrała sobie cel jakiś bliższy. Usłyszałem w odpowiedzi: „NIE! Ja tego wiewióra muszę ustrzelić!”, po czym wznowiła kanonadę. Po którymś z kolei śrucie figurka złożyła się grzecznie na ziemi (ślubna twierdzi, że to z powodu trafienia w kilzonę, ja uważam że padła ze śmiechu). Mżonka, odłożyła wiatrówkę, przyjęła moje entuzjastyczne gratulacje i stanęła grzecznie z boku przypatrując się. Później, kiedy wracaliśmy do domu spytała: „a Twoja wiatrówka tez będzie miała taka kosmiczną lunetę?”. W tym momencie uświadomiłem sobie że żonka jest oswojona (co nie zmieniło faktu że jak zobaczyła paragon za optykę to przez 2 dni miałem makaron z serem na obiad).


Oswajanie otoczenia (dalszego)


Zatem sam się już oswoiłeś, twoje najbliższe otoczenie też oswojone. Super, ale co w przypadku kiedy nie masz ogródka, gdzie szlifować będziesz swe umiejętności?

Strzelanie w mieszkaniu może się spotkać z niezrozumiałością najbliższego otoczenia, przez co oswojenie przerodzi się w zdziczenie i cały wysiłek pójdzie na marne. Pomijając już fakt, że gipsowanie ścian też kosztuje. Więc wybierasz się na strzelnicę, lub z jej braku w jakieś ustronne miejsce gdzie nikomu krzywdy nie zrobisz. Tak też było w moim przypadku. Miejsce do strzelania wybrałem pod wiaduktem, za kulochwyt z przodu robił przyczółek betonowy, brak ludzi przechodzących, idealna dzika strzelnica. Z jednym małym ale. Po lewej stronie, w odległości jakichś 25 metrów, za płotem rozpoczynały się ogródki działkowe.
No i traf chciał, że w ogródku tuż za płotem jakaś działkowicza rozpoczęła prace porządkowo-pielęgnacyjne. Moje strzelanie jej się baaardzo nie podobało, czemu dała wyraz jazgotem. Odległość była dość spora, głos jej cichy, szum jadących samochodów nad głową tez swoje zrobił, więc z jej monologu usłyszałem coś w rodzaju: "blablabla sobie wyobrażasz!? Tu jest blablabla, krzywdę! Nie po to przyszłam by blablabla policje zadzwonię! Blablabla!”. Słowo „policja” zaniepokoiło mnie. Spokojnie odłożyłem wiatrówkę na krzesełko, na którym siedząc strzelałem, zbliżyłem się do płotu i rozpocząłem pertraktacje pokojowe:
- Czy mogłaby Pani powtórzyć? Bo szum samochodów zagłuszał i nie wszystko usłyszałem.
- Co ty sobie wyobrażasz!? Tu są ogródki działkowe a nie strzelnica! Jeszcze mi lub komuś zrobisz krzywdę! Nie po to przyszłam tutaj by mi jakieś kule latały nad głową! Na policję zaraz zadzwonię! Zrobią z takimi jak ty porządek!
No ładnie. Rozwścieczona działkowicza to nie przelewki. Na szczęście oddzielał nas płot z siatki, dzięki czemu nie obawiałem się że mi się rzuci do gardła. A wyglądała jakby było to jej marzenie. Trzeba było tą dzika harpię uspokoić:
- Jeśli Panią wystraszyłem to przepraszam, nie było to moim celem. Rozumiem że jest pani moim strzelaniem zaniepokojona, ale nic pani nie grozi. Proszę spojrzeć. Na pewno Pani patrzyła gdzie strzelam, więc widzi Pani że w przypadku strzału niecelnego śrut poleci w ten beton z przodu.
- A jak będzie rykoszet? – nie dawała za wygraną, choć już mniej ziała ogniem.
Podszedłem do spinera i z ziemi podniosłem kilka spłaszczonych śrucin. Z nimi w garści udałem się pod płot, biorąc z pudełka kilka całych.
- Proszę spojrzeć. Tu są śruty z których strzelam – zaprezentowałem kilka – a tak wyglądają te które trafią. One zrobione są z ołowiu. Jeśli nie trafie i uderzą w beton z przodu to się rozpłaszczą mniej więcej tak, jak te – zaprezentowałem te spod spinerów
- A rykoszety?
Co za monotematyczna baba!
- Owszem, jakiś może się zdarzyć – odparłem, i zobaczyłem triumfalny błysk w jej oku – ale rykoszet poleci najwyżej 5-6 metrów. Do płotu jest jakieś 25 metrów, więc nic Pani nie grozi. Jednak rozumiem panią i odsunę się jeszcze kilka metrów od siatki by zminimalizować zagrożenie.
Działkowicza sapnęła, wydmuchując resztki dymu. Popatrzyła na mnie już spokojniejszym wzrokiem:
- No, ja widzę że Pan nie jesteś jakiś gówniarz i pan uważa. Dobrze, niech pan strzela tylko żeby mi nic nie poleciało na działkę.
- Mogę to Pani zagwarantować.

Odszedłem na swoje miejsce i odsunąłem je jeszcze bardziej od płotu. Po czym siadłem i kontynuowałem strzelanie. Przez kilka pierwszych strzałów byłem bacznie obserwowany, lecz w miarę upływu czasu spojrzenia stawały się coraz bardziej sporadyczne, a po pół godzinie działkowicza przestała na mnie w ogóle zwracać uwagę. Postrzelałem jeszcze trochę, złożyłem sprzęt i grzecznie pożegnałem się z oswojonym dalszym otoczeniem. Otoczenie wykrzywiło się, pokazując uzębienie i rozstaliśmy się w zgodzie. Kilkukrotnie później natykaliśmy się na siebie i za każdym razem wymienialiśmy grzecznościowe uwagi (pogoda, zbiory, chwasty itp.). Raz widziałem jak działkowiczka sama oswajała dzikie otoczenie z działki obok, które chciało od niej pożyczyć komórkę by dzwonić na policje. Oswajanie się powiodło i druga działkowiczka spokojnie udała się na swoja grządkę by ją tam doglądać.

Czasem warto wysłuchać co otoczenie ma do powiedzenia, spokojnie i rzeczowo wyjaśnić wszelkie wątpliwości, a przede wszystkim grzecznie. Wtedy zagwarantujemy sobie strzelanie nie przerwane przez wizyty policji, strażników miejskich, etc. Oczywiście jeśli mimo wyjaśnień, otoczenie dalej będzie pluło jadem, to wtedy trzeba się dostosować i zmienić miejsce.


Powodzenia w oswajaniu!


Autor: "Szyszlel"